Według Wikipedii:
Od małego inni ludzie za mną nie przepadali ... na pierwsze wrażenie. W przedszkolu nabijali się z mojego imienia. Ale mnie to mało obchodziło. Od małego miałem w głębokim poważaniu co o mnie myślą. Nigdy nie garnąłem się tez do nikogo. Mam nadzieję, że ci, którzy się przebili przez mój mur "strefy intymnej" nie żałują.
Ale do sedna. Nigdy nie zabiegałem o względy innych, więc podczas zabaw zawsze byłem "tym złym". Jak bawiliśmy się w Batmana, ja byłem Two Face. Jak na tapecie był He-Man, ja byłem Szkieletorem. Ja byłem Krakenem, czy Goblinem. Na początku zabawy, każdy chciał być tym dobrym. Atakować i niszczyć zło. Jako urodzony narrator, pozwalałem na to. Jako zły bohater wymyślałem przeróżne sposoby na zawładnięcia światem (stąd zresztą moja wielka sympatia do kolegi Pinkiego ;p ). A potem efektownie umierałem. Jako Godzilla trafiony pociskiem nuklearnym wywracałem się niszcząc budynki by legnąć pod gruzami miasta. Ofiara niedopatrzeń swoich genialnych planów. trochę jak Kojot ze Strusia Pędziwiatra. Większość ludzi, widząc moją kreatywność i zabawę jaką odczuwam gdy dobro zwycięża, a ja przecież jako zły przegrywam, przyłączała się do mnie. Nie wiele czasu minęło i nikt nie chciał strzelać z patyka jako Aliant. Tylko jeździć wyimaginowanym Hanomagiem - Nazistowskim transporterem opancerzonym.
Z czasem przyszły "eRPeGi" i moje mistrzowanie. I znowu misterne plany i porażki nekromantów, bogów chaosu czy międzygalaktycznego imperium.
Dopiero dzisiaj na kibelku tknęła mnie myśl.
Dobro jest nudne. Superbohater musi tylko znaleźć swojego Nemezis i go pobić. To Antybohater jest tą stroną kreatywną. Czyli tą moją stroną. Stroną mroczną.
Czy to znaczy, że ja jestem zły ?
Nie, ja jestem Mistrzem Gry ;D