środa, 29 lutego 2012

Ludzie

Już dawno chciałem o tym napisać, ale nie miałem czasu i kisi się to we mnie cały czas.
Więc napiszę.

Matka miała wypadek, zabiła swoje dziecko. Prawdopodobnie przez przypadek.
Spanikowała, zrobiła coś głupiego. Nie przyznała się, kłamała.
Ludzie myśleli, że dziecko porwano.
Mimo, że w TV cały czas podkreślali "domniemane porwanie" i tak dalej. Ludzie podchwycili temat.
Na internecie pełno było łańcuszków ze zdjęciem dziecka.
Wszyscy jej szukali, była wyznaczona nagroda. Sam żartowałem, że wezmę urlop i pojadę szukać.
W ludziach narastała złość.

Prawda wyszła na jaw. Ale złość musi się uwolnić.
Ludzie skazali matkę.
Obwinili ją, "morderczynię". Policja musiała ją ochraniać.

Nikt nie pomyślał ?
Matka, moda kobieta. Jej najcenniejszy skarb rozbił łepetynę na glebie. I z drobnego ciałka uszła iskierka i zgasła. Co wtedy myślała? Mogę tylko sobie wyobrażać.

Kinga też raz mi spadła. Ułamek sekundy nieuwagi. Na szczęście spadła na łózko.
Ale poczułem wtedy jak na chwilę umarłem.
Chwilowy stras kosztował mnie pewnie 2 lata życia. Na szczęście nic się nie stało.

Mimo to mogę tylko podejrzewać jak taka matka się teraz czuje. Dla kobiety dziecko to największy skarb. To chyba gorsze niż samobójstwo.

Mam nadzieję, że bliscy jej pomagają i wspierają. I kochają ją bardzo. Nie to co inni ... ludzie.

Teraz logika:
Nie jestem psychologiem. Ale widzę skutki
- dziecko nie żyje
- matka ma wielką wyrwę w psychice, i pewnie nie widzi już sensu w życiu
- mąż ma teraz żonę, która z jednej strony mimo prób chyba już nigdy się nie uśmiechnie. Chce jej pomóc ale w głębi umysłu jest zakodowane, że ona była na tyle nieuważna, że dziecko nie żyje.
- dziadkowie ? Teściowie pewnie ją też obwiniają, i nigdy już nie będzie się czuła komfortowo w ich obecności. Rodzice pewnie współczują całym sercem, ale i tak nie będą wiedzieli jak pomóc, bezradność ich też pogrąży
- ludzie i tak na nich będą wieszać psy, złość musi znaleźć ujście

czwartek, 2 lutego 2012

SEN

Miałem dzisiaj dziwny sen

Śniło mi się, że byłem już z rodziną na wakacjach. Z rodziną i gramajdą.
mieszkaliśmy w miasteczku położonym w lesie. Takie małe miasteczka a wszędzie pełno drzew. Nasz domek był tak daleko od domku Komarków, że musieliśmy jeździć do nich autem. Kinga i Szymek byli na tyle duzi, że jak odwiedziliśmy ich to bawili się sami. Kora wtedy spała do południa, marek wtedy piekł ze swoją mamą (a może to była teściowa?, taka grubsza) ciasto w kuchni.
Ja niestety jeździłem autem w te i wewte, bo się okazało, że różni gramajdowicze pozapominali niektórych rzeczy i spraw. Więc musiałem ich wozić, często z jakimiś dużymi pakunkami.
A jak wróciłem do donku Komarków, to patrze a tam mój brat Al, wyżera ze śmietnika popcorn (który zresztą wywaliłem jako kara dla Asi i Pati poprzedniego dnia).

Wtedy się obudziłem.
Ciekawe co to znaczy ;>